Jubileusz biskupa Frankowskiego
Siedemdziesiąte urodziny księdza biskupa Edwarda Frankowskiego. Wielkie uroczystości w Stalowej Woli.
Ksiądz biskup Edward Frankowski z Sandomierza, urodził się 15 sierpnia 1937 roku w Kępie Rzeczyckiej. Po złożeniu egzaminu dojrzałości wstąpił do WSD w Przemyślu. Święcenia kapłańskie otrzymał dnia 18 czerwca 1961 roku. Przez dwadzieścia pięć lat pełnił obowiązki proboszcza w Stalowej Woli, w mieście, które odegrało istotną rolę w walce z totalitarnym systemem komunistycznym PRL. Owe działania dzielnie wspierał ksiądz biskup Edward Frankowski, ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Królowej Polski. Były to działania podobne do tych, które podejmował ksiądz Jerzy Popiełuszko. W tamtym czasie wiele inicjatyw patriotyczno - niepodległościowych miało miejsce w kościele, gdzie duszpasterzował ks. biskup Frankowski. W tym czasie utworzył także w Stalowej Woli Filię Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ksiądz biskup Edward Frankowski, nierozerwalnie kojarzy się z początkami „Solidarności” w Stalowej Woli.
Mianowany biskupem pomocniczym diecezji przemyskiej 5 marca 1989 roku. Sakrę biskupią otrzymał z rąk ks. bpa Ignacego Tokarczuka w kościele Matki Bożej Królowej Polski w Stalowej Woli. Następnie został mianowany Wikariuszem Generalnym diecezji przemyskiej. Objął również stanowisko Archiprezbitera Archiprezbiteratu Stalowowolskiego, w skład którego wchodziły trzy dekanaty: Nisko, Rudnik i Stalowa Wola. Po reorganizacji terytorialnej diecezji w Polsce dnia 25 marca 1992 roku został biskupem pomocniczym diecezji sandomierskiej.
Pan prezydent prof. Lech Kaczyński wręczając zasłużonym polskim biskupom wysokie odznaczenia państwowe, w swoim przemówieniu w dniu 11 listopada 2006 roku w Pałacu Prezydenckim powiedział m.in.: „Po raz kolejny przyznałem dziś Order Orła Białego, Jego Ekscelencji Księdzu Arcybiskupowi, za propagowanie małżeństwa i rodziny, które w normalnie funkcjonującym społeczeństwie są niezwykle wysoką wartością, ale także za uparte propagowanie polskości na ziemiach odzyskanych po roku 1945, za tworzenie podstaw polskiego życia religijnego na tych obszarach, które przecież dziś obejmują jedną trzecią terytorium Rzeczypospolitej. Odznaczyłem Księdza Biskupa Frankowskiego za upartą działalność w obronie wolności religii, kościoła, ale także za walkę o niepodległość naszego kraju. I tak będziemy czynić nadal, będziemy nadal szukać tych, którzy w walce często w pierwszej fazie przegranej, budowali to, czym jest niepodległa Polska. (...) Szanowni Państwo, myślę, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, bo tyle mniej więcej minęło od majowego święta, pokazaliśmy, że jeżeli chodzi o naszą pamięć, jeżeli chodzi o szacunek dla zasług, budujemy nową polską rzeczywistość i będziemy ją budowali dalej. Nawet jeżeli w tym, czy innym miejscu popełniliśmy pewne pomyłki. Będziemy ją budowali dalej, bo naród musi zachować swą pamięć, bo w szczególności młode Polki i młodzi Polacy powinni wiedzieć, z kogo wzięła się wolna Polska”.
Pasterskie posługiwanie Biskupa Edwarda Frankowskiego w latach 1989-2007
Wstęp
Niniejsze opracowanie z okazji siedemdziesiątej[1] rocznicy urodzin Biskupa Edwarda Frankowskiego[2] ma na celu przedstawienie trzech wymiarów Jego posługiwania pasterskiego. Owo posługiwanie wynika z udziału w urzędzie zbawczej posługi Chrystusa - z przyjęcia święceń biskupich. Szczególne "namaszczenie" otrzymuje biskup przez nałożenie rąk wszystkich biskupów biorących udział w obrzędzie święceń. "Biskupi, «naznaczeni pełnią sakramentu święceń»[3] przez Ducha Świętego, który został im dany w święceniach, «stali się prawdziwymi i autentycznymi nauczycielami wiary, kapłanami i pasterzami»[4], i jako tacy, uobecniając sobą Chrystusa (in persona Christi), stoją na czele Pańskiej owczarni"[5].
Za źródło do niniejszego opracowania posłużyły: księgi liturgiczne (formuły obrzędów święceń biskupa, prezbiterów i diakonów), homilie, kazania, przemówienia Biskupa Frankowskiego oraz inne materiały związane z Jego osobą.
Autor tegoż studium jest całkowicie świadom, iż niniejszy szkic nie wyczerpuje do końca rozważanej problematyki ze względu na zbyt pojemny i obszerny temat. Przyczynia się do tego również brak możliwości uzyskania całościowego materiału, ponieważ, jak wiadomo, nie wszystkie teksty i fakty z posługiwania pasterskiego Biskupa Frankowskiego zarejestrowano. Dlatego też niniejszy elaborat ma wymiar niekompletny i jest fragmentaryczny. Niemniej jednak, dysponując uzyskanymi danymi, opracowanie ujęto w trzy wątki:
Biskup E. Frankowski sługą Bożego słowa
Biskup E. Frankowski szafarzem Bożych misteriów
Biskup E. Frankowski uosobieniem Dobrego Pasterza.
I. Biskup E. Frankowski sługą Bożego słowa
(urząd posługi proroka)
1. We "Wprowadzeniu teologicznym i pastoralnym"[6] do Obrzędów święceń biskupa, prezbiterów i diakonów[7] znajduje się następujące stwierdzenie, oparte na nauce Soboru Watykańskiego II: "Stan biskupów przejmuje następstwo po kolegium Apostołów w dziedzinie nauczania i pasterskiego kierownictwa. W stanie biskupów przedłuża się nieustannie trwanie grona apostolskiego[8]. Biskupi więc, «jako następcy Apostołów, otrzymują od Pana, któremu dana jest wszelka władza na niebie i ziemi, misję nauczania wszystkich narodów i głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu, aby wszyscy ludzie przez wiarę, chrzest i wypełnienie przykazań dostąpili zbawienia (por. Mt 28, 18-20, Dz 26,17n)»[9]. Z kolei w homilii znajdującej się w Obrzędach święceń biskupa czytamy, że: "Nasz Pan, Jezus Chrystus, posłany przez Ojca w celu odkupienia ludzkości, sam wysłał na świat Dwunastu Apostołów, aby napełnieni mocą Ducha Świętego, głosili Ewangelię (...)". I dalej, iż: "Przez posługę biskupa sam Chrystus nieustannie głosi Ewangelię (...)[10].
Ojciec Święty Jan Paweł II nauczał, że "Biskup jest pierwszym głosicielem Ewangelii słowem i świadectwem własnego życia"[11]. Zadanie to przypomina każdemu nowemu biskupowi Kolekta z formularza mszalnego, stosowanego przy obrzędzie święceń biskupa diecezjalnego: "Pozwól mu wiernie pełnić posługiwanie biskupiego urzędu oraz zgodnie z Twoją wolą słowem i przykładem kierować ludem powierzonym jego pieczy"[12]. Biskup naucza przez głoszenie homilii, kazań i katechez[13].
2. W duchu dziękczynnego "Te Deum" za siedemdziesiąt lat życia, wypada choć w ogólnym zarysie[14] przybliżyć zasiew ewangelicznego ziarna na polskiej ziemi, jakiego dokonywał Biskup Frankowski w niezwykle skomplikowanych warunkach społecznych i historycznych[15]. Od osiemnastu lat pasterskiego posługiwania (w tym trzy lata jako biskup pomocniczy diecezji przemyskiej, a piętnaście lat jako sufragan w diecezji sandomierskiej), Biskup Frankowski niezmordowanie i odważnie głosi słowo Boże. Ta służba słowu jest wyrazem miłości i troski o Lud Boży. Jakże nieoceniona i przeobfita jest działalność Biskupa Frankowskiego właśnie na tym odcinku, który swoim słowem i wpływem daleko przekracza granice diecezji i Ojczyzny. Z racji wielu wystąpień, niemal w każdą niedzielę, uroczystość czy święto (nieraz kilkakrotnie w ciągu dnia), a także w tygodniu z okazji wizytacji biskupich, uroczystości czy innych spotkań, uzbierało się zapewne tysiące jednostek kaznodziejskich[16].
Zasadniczo kaznodziejskie głoszenie księdza biskupa związane jest z rokiem liturgicznym, jest to również przepowiadanie obrzędowe i wizytacyjne. Ponadto do nauczania tego należy zaliczyć kazania głoszone z okazji różnych jubileuszy i okoliczności[17].
W kościele posoborowym zauważa się zwrot ku człowiekowi, co powoduje, iż w głoszeniu akcentuje się problemy osoby, rodziny i grup społecznych, różnicuje się więc słuchaczy ze względu na wiek, stan, zawód i pełnioną funkcję społeczną. Odzwierciedla to konsekwentnie kaznodziejskie przepowiadanie. Zjawisko to znajduje również wyraźne odbicie w posłudze słowa Biskupa Frankowskiego - Jego kazania najczęściej kierowane są do grup stanowych, zawodowych; w nauczaniu Biskupa nie brakuje przecież przepowiadań seryjnych, na przykład rekolekcji dla kapłanów, rolników[18] itp.[19] Głosząc często słowo Boże, adresowane do różnych grup społecznych, Biskup Frankowski wywiera wpływ na licznych słuchaczy. Rzeczywiście w duchu nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego[20] jest nauczycielem wiary - umacnia ją i broni jej.
Należy podkreślić, że kazania te mają wielką wartość historyczną, są bowiem ważnym świadectwem posługi słowa, posługi spełnianej w czasach trudnych i wyjątkowych dla Polski. Należy podkreślić, iż są to treści faktycznie głoszone, kształtujące postawy i zachowania słuchaczy[21]. W kazaniach, homiliach i przemówieniach dostrzegamy u Biskupa Frankowskiego społeczne zaangażowanie, przejawiające się w nauczaniu zasad katolickiej nauki społecznej, a przede wszystkim w kształtowaniu chrześcijańskich i patriotycznych postaw oraz obywatelskiej odpowiedzialności za powierzoną owczarnię. Czyż nie wzruszającym i głębokim jest ten oto fragment katechezy: Czym jest ojczyzna? Ojczyzna to społeczne wiano. Społeczne wiano duchowych, moralnych i materialnych dóbr oraz zobowiązań. Wiano dane nam od Boga, a przekazywane przez ojców naszych w tym celu, byśmy strzegąc je i pomnażając, mogli własne szczęście na ziemi pomnożyć i powiększyć[22]?
W kazaniach, homiliach, katechezach oraz licznych rozmowach duszpasterskich Biskup sandomierski podkreśla niekwestionowane znaczenie, jakie w życiu jednostek i społeczeństw pełnią wartości, które nadają ludzkiemu życiu sens i stoją na straży społecznego ładu. Prawda ta dotyczy tak społeczeństwa, jak i życia poszczególnych jednostek[23]. Jego przepowiadanie Ewangelii, pełna miłości postawa wobec powierzonych sobie wiernych wzbudzały powszechne uznanie, wdzięczność i zaufanie do swojego Biskupa[24].
II. Biskup E. Frankowski szafarzem Bożych misteriów
(urząd posługi kapłańskiej)
1. Oprócz urzędu nauczycielskiego, każdy biskup sprawuje urząd kapłański. W tekście homilii będącej do dyspozycji szafarza święceń biskupich czytamy: "W biskupie otoczonym swoimi prezbiterami jest wśród was obecny sam nasz Jezus Chrystus, który stał się Kapłanem na wieki". On też "przez posługę biskupa sam (...) udziela sakramentów wiary"[25] (por. KL 59)[26]. Z pewnością chodzi tu o odpowiedzialność biskupa za całą "dyscyplinę sakramentów", czyli o ich sprawowanie w sposób jak najbardziej godny i owocny dla całej wspólnoty[27]. Bardziej szczegółowo wypowiedział się na ten temat Sobór Watykański II: "Przez sakramenty, których należytym i owocnym rozdawnictwem (biskupi) autorytatywnie kierują, uświęcają wiernych, oni też kierują udzielaniem chrztu, przez który dostępuje się uczestnictwa w królewskim kapłaństwie Chrystusowym. Oni są naturalnymi włodarzami udzielanego na ich terenie bierzmowania, szafarzami święceń kapłańskich i kierownikami karności pokutnej; oni zachęcają i pouczają troskliwie lud swój, aby wiernie i z usza-nowaniem brał właściwy sobie udział w liturgii, a zwłaszcza w Ofierze Mszy Świętej"[28]. Modlitwa święceń wyraża prośbę do Boga, aby biskup "nienagannie sprawował najwyższe kapłaństwo, służąc (Mu) dniem i nocą"[29]. Posługa uświęcania sprawowana jest przez biskupa przede wszystkim przez celebrowanie Eucharystii i innych sakramentów, przewodniczenie innym świętym obrzędom, a także przez promowanie autentycznej pobożności ludowej[30]. W centrum munus santificandi biskupa znajduje się Eucharystia, którą sprawuje sam lub o której sprawowanie się troszczy[31].
2. Nie ulega wątpliwości, że Biskup sandomierski w swojej posłudze pasterskiej jest zatroskany o Eucharystię. Jest to ten wymiar posługi uświęcania sprawowanej przez Biskupa, której codzienna praktyka współbrzmi z zaleceniami soborowymi. Eucharystia bowiem winna zajmować szczególne miejsce w kapłańskiej posłudze biskupa ponieważ "(...) w niej zawiera się całe dobro duchowe Kościoła, Chrystus, nasza Pascha i Chleb"[32]. Trudno zliczyć wszystkie Msze Święte, które sprawował i którym przewodniczył Biskup Frankowski. Z ogromnym zaangażowaniem i wielką troską zawsze podkreśla, że pragnie uczulić wiernych na moc płynącą z Boga ukrytego w Eucharystii. Na Jasnej Górze jeszcze raz przypomniał nam wszystkim, że: Eucharystia to najpotężniejsza energia dana ludziom do dyspozycji, (...)350 lat temu (...)ojciec Augustyn Kordecki wobec ogromnej przewagi sił szwedzkich 18 listopada 1655 roku po Mszy Świętej odprawił procesję z Najświętszym Sakramentem po wałach Jasnej Góry. Uczynił to w sytuacji, gdy już całą Rzeczpospolitą ogarnął potop szwedzki (...)[33]. Często w swoim nauczaniu eucharystycznym podkreśla, że udział w Eucharystii zobowiązuje do świadectwa życia. We fragmencie IX nauki rekolekcyjnej wygłoszonej w Poznaniu do ludzi pracy stwierdził, że: Uczestnictwo w Eucharystii, aby było prawdziwe i pełne, musi prowadzić nas wszystkich do różnych dzieł miłości, wzajemnej pomocy, do różnych akcji charytatywnych, misyjnych, do dawania świadectwa chrześcijańskiej wiary[34].
3. W życiu każdego biskupa z sakramentem Eucharystii wiążą się sakramenty inicjacji chrześcijańskiej[35]. Konstytucja o Kościele akcentuje fakt, że biskupi kierują udzielaniem chrztu i są właściwymi szafarzami sakramentu bierzmowania[36]. Biskup, jako pierwszy szafarz chrztu, bierzmowania oraz Eucharystii, przez swoją posługę sakramentalną buduje Kościół powszechny i jednoczy przedstawicieli Kościoła diecezjalnego[37].
Biskup Frankowski w swoim posługiwaniu pasterskim całym sercem i z wielkim zaangażowaniem włącza się w budowanie jedności eklezjalnej przez udzielanie sakramentu bierzmowania młodym. Świadczy o tym choćby homilia pt. "Napełnieni Duchem Świętym", wygłoszona z okazji udzielania sakramentu bierzmowania w dniu 16 marca 2005 roku[38]. Najczęściej Sufragan sandomierski udziela sakramentu inicjacji chrześcijańskiej z okazji wizyt kanonicznych w parafiach.
4. W dziele uświęcania, po sakramentach inicjacyjnych, każdy biskup musi być świadomy maryjnego charakteru pasterskiego posługiwania. "Biskup powinien zatem żywić prawdziwe i synowskie nabożeństwo do Maryi"[39]. Między innymi przejawem tego nabożeństwa jest odmawianie "kompendium Ewangelii", jakim jest Różaniec święty[40], którego winien być promotorem[41].
5. Biskup Frankowski, dzięki swojej osobistej i głębokiej pobożności maryjnej, odkrył przed Kościołem w Polsce wymiar uświęcania wspólnotowego przez Różaniec. 2 maja 2003 roku na Jasnej Górze zwracał się do zgromadzonych pielgrzymów tymi słowami: "Na trudne, przełomowe czasy, gdy mamy tyle zagrożeń, przez Ojca Świętego Jana Pawła II, Maryja daje nam różaniec. Daje nam moc różańca, którą odrzucili wrogowie Kościoła i Boga: flota turecka w bitwie pod Lepanto. O tym, że różaniec jest potężną bronią przypomniała Matka Boża podczas wszystkich objawień: w Lourdes, Fatimie, Gietrzwałdzie. Biorąc do ręki różaniec, wkraczamy na pole bitwy, na odwieczną arenę zmagań dobra ze złem. Każde "Zdrowaś Maryjo" jest pociskiem miłości wystrzelonym w kierunku murów zła (...). I to jest właśnie zadanie dla nas dzisiaj, na to wszystko, co się dzieje, jest odpowiedź: żarliwa modlitwa różańcowa"[42].
Z Maryją jako Kościół idziemy do Jezusa - mawia często Biskup Frankowski. Dlatego też chętnie pielgrzymował do sanktuariów maryjnych, szczególnie do: Leżajska, Kalwarii Pacławskiej, Radomyśla nad Sanem, Sulisławic, Zakopanego (Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej), Barda Śląskiego i wielu innych miejsc, a zwłaszcza na Jasną Górę. Podczas sierpniowych, pieszych pielgrzymek odwiedzał często pielgrzymów zdążających na Jasną Górę. Zachęcał też do pielgrzymowania kapłanów, osoby konsekrowane i wiernych świeckich. Przed każdą pielgrzymką wyruszającą ze Stalowej Woli, kierował do pątników pasterskie słowo, przypominając sens i jej duchowy wkład w życie Kościoła Powszechnego, diecezjalnego i Kościoła w Polsce. Pielgrzymom z Rodziny Radia Maryja przypomniał, że: Jasna Góra jest górą zwycięstwa światła nad ciemnościami, zwycięstwa łaski Bożej nad grzechem. Tutaj nawet najbardziej mroczna noc może stać się jak noc Bożego Narodzenia, gdy niebo rozbłyska światłością i zwiastuje nam radość wielką, że dzięki łasce Bożej, wyproszonej przez Maryję, w sercach naszych Bóg się rodzi. Albo ta noc niech stanie się dla nas jak Wielka Noc, która rozbłyska światłem poranka, gdy Pan zmartwychwstaje, aby nas wyprowadzić ze śmierci ducha do życia w świętości i łasce, z niewoli ducha do życia w wolności dzieci Bożych, do życia w pokoju, sprawiedliwości i miłości[43].
III. Biskup E. Frankowski uosobieniem Dobrego Pasterza
(urząd posługi pasterskiej)
1. W propozycji homilii z okazji święceń biskupich znajdują się słowa skierowane do elekta: "Skoro zostałeś wybrany przez Ojca Niebieskiego do rządzenia Jego rodziną, pamiętaj o dobrym pasterzu, który zna swoje owce i którego one znają. Nie zawahał się On oddać życia za owce"[44]. Pasterska miłość biskupa do powierzonego mu Kościoła wynika z miłości Boga Ojca i Jego Syna. Jezus jest umiłowanym Synem, w którym Ojciec ma upodobanie (por. Mt 3,17). Z miłości do świata Ojciec dał Syna, aby nie zginął nikt spośród tych, którzy w Niego (Syna) uwierzą (por. J 3, 16). Syn jest Dobrym Pasterzem, który w duchu posłuszeństwa nakazowi Ojca oddał życie za owce (por. J 10, 17-18)[45]. O miłości pasterskiej względem ludu Bożego, który został powierzony biskupowi, traktuje posynodalna adhortacja apostolska Pastorem gregis Jana Pawła II[46]. Między innymi troską pasterską obejmuje papież: wiernych świeckich, rodzinę, młodzież i związane z nią wielorakie duszpasterstwo[47] itp.
2. W pasterskiej posłudze Biskupa sandomierskiego można wymienić następujące przejawy troski: o Ojczyznę, rodzinę, szerzenie oświaty w duchu nauki katolickiej w powołanych ku temu instytucjach, ideę solidarności, Akcję Katolicką oraz Radio Maryja[48].
a) Ojczyzna - wyrazem pasterskiej troski
Mówienie i rozważanie o Ojczyźnie, o Polsce to nie polityka, to święty obowiązek odpowiedzialnego członka Narodu. Milczenie na temat Ojczyzny, gdy trzeba bronić jej substancji, oznacza zdradę[49].
Sufragan sandomierski mocno broni w nauczaniu i działalności pasterskiej chrześcijańskich korzeni naszej Ojczyzny. W obliczu zmasowanych ataków fałszerzy jej historii chroni ją i kulturę polską, biorąc w obronę twórców polskiej kultury, ludzi nauki, patriotów, emigrantów, robotników i chłopów, tak często wyzyskiwanych przez miniony system komunistyczny, ideologiczny i partyjny[50]. Przywołajmy w tym miejscu choćby sprawowaną w niedzielę 11 maja 2003 roku w polskim kościele w Wiedniu uroczystą Mszę Świętą w intencji Ojczyzny - w homilii Biskup przypomniał ważniejsze wydarzenia z współczesnej historii Polski, przybliżył postaci kilku wybitnych mężów stanu i ich zasługi dla Narodu, przypomniał, że dla Polaków niezmiennie aktualny jest program, zawierający się w trzech krótkich i prostych słowach: "Bóg, Honor, Ojczyzna"[51]. Swoje rozważania żarliwy Kaznodzieja zakończył słowami poety:
"Co mi w mym życiu najświętsze w świecie, cudne jak wiosna, wonne jak kwiecie?
To polska ziemia, krwią, łzami żyzna - moja Ojczyzna!
O ziemio czarna, ziemio Witosów, ziemio Mickiewiczów, ziemio Bartoszów,
że cudna ona, każdy mi przyzna - moja Ojczyzna!
Z kim się podzielę bólem i łzami, zarobkiem moim i zaszczytami, krwią moją, sercem i krwawą blizną? - z moją Ojczyzną".
Za zasługi, jakie położył Biskup Edward Frankowski dla Ojczyzny, został odznaczony medalem "Polonia mater nostra est"[52]. Uroczystość wręczenia orderu z okazji 210. Rocznicy Konstytucji 3 Maja, Roku Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego i Roku Ignacego Jana Paderewskiego odbyła się w sali Balowej Zamku Królewskiego w Warszawie dnia 30 kwietnia 2001roku.
Medal za zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego odbiera od rektora ks. prof. Stanisława Wilka. (Z. Surowaniec) Srebrny krzyż z postacią Chrystusa przybitego do krzyża gwoździami z krzemienia pasiastego - taki prezent od władz Stalowej Woli otrzymał na swoje siedemdziesiąte urodziny biskup pomocniczy diecezji sandomierskiej, ks. Edward Frankowski.
Stalowa Wola oddała hołd niezwykłemu kapłanowi, który wpłynął na jej historię. Urodził się za opłotkami Stalowej Woli, w Kępie Rzeczyckiej, w biednej kolejarskiej rodzinie, w roku, kiedy zrąbane zostały pierwsze sosny pod budowę Zakładów Południowych.
Dzień narodzin przyszłego biskupa był niezwykły, przypadł w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwane świętem Matki Boskiej Zielnej. Podczas wojny jego rodzina cudem uniknęła egzekucji z rąk hitlerowców. W okresie komuny ten niepokorny wobec władzy ksiądz uniknął losu księży, których władza skrycie mordowała.
Na pewno jako chłopiec z ubogiej galicyjskiej wsi nawet nie marzył, że usłyszy takie słowa, jakie na uroczystej sesji w pięknej auli należącej do Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego powiedział wiceprezydent Franciszek Zaborowski: - Stalowa Wola miała dużo, dużo szczęścia do kleru, do księży. Miała dużo szczęścia, że ma biskupa Edwarda Frankowskiego. Eugeniusz Kwiatkowski zadbał o materialny byt tego miasta, biskup Frankowski zadbał o jego część duchową.
reklama
LEGENDARNY KAPŁAN
Słuchał tych słów legendarny kapłan, arcybiskup senior diecezji przemyskiej Ignacy Tokarczuk, pod którego okiem rozwijał się i pracował ksiądz Frankowski. Arcybiskup Tokarczuk za opór, jaki stawiał władzy komunistycznej, nazwany został "księciem niezłomnym”. Przebijał innych hierarchów śmiałością, z jaką dopominał się od władzy respektowania wolności dla ludzi i Kościoła.
Na uroczystej sesji naukowej, poświęconej urodzinom biskupa Frankowskiego, wspomniał, że kiedy został biskupem, za cel postawił sobie podważyć prawo, które było bezprawiem i przełamać w ludziach barierę strachu. - Kto uwierzył komunistom, już mógł się czuć oszukanym - taką wyznawał zasadę. Chyba jego najzdolniejszym uczniem i naśladowcą był właśnie ksiądz Frankowski. - Pracownik oddany bezwzględnie - tak ocenił jubilata. - Gorąco dziękuję mu za przyjaźń, za to, że doprowadził do zwycięstwa. Oddajcie mu hołd i cześć - powiedział sędziwy kapłan.
Z oczu biskupa Frankowskiego pociekły łzy. - Non nobis Domine, non nobis sed Domini Tua da gloria. Nie nam Panie, nie nam, ale imieniu Twemu chwała - odpowiedział wzruszony jubilat.
- Biskup Ignacy Tokarczuk jako pasterz był znakiem Opatrzności Bożej nad naszą ojczyzną - odwdzięczył się biskup Frankowski. Przyznał, że "książę niezłomny” był dla niego murem, który go chronił i wspierał. To właśnie biskup Tokarczuk wysłał młodego księdza Frankowskiego do Stalowej Woli, "gdzie komunizm uwił sobie gniazdo” - jak to określił.
KILKA ŻYCIORYSÓW
To, czego w tym mieście dokonał ksiądz Frankowski, starczyłoby na kilka życiorysów. Utworzył parafię Matki Bożej Różańcowej w Chyłach. Warunki do pracy miał podłe, mieszkał w stodole. Potem został proboszczem kościoła Świętego Floriana i wreszcie kościoła Matki Bożej Królowej Polski, gdzie rozwinął skrzydła i gdzie zrealizował dzieła swojego życia. Mocując się z niechęcią władz miejskich i państwowych, które go nie uznawały jako proboszcza, zbudował plebanie przy świątyniach, nawet nie mając zezwolenia, którego i tak by się nie doczekał.
Wspomniał kiedyś, że kiedy budował dom katechetyczny przy obecnej bazylice w Stalowej Woli, przyszli do niego przedstawiciele władzy z pytaniem, gdzie ma pozwolenie na budowę. - No właśnie, gdzie ono jest, czemu go nie dajecie - odpowiedział. To był wizjoner, który zarażał ludzi pomysłami. To jemu miasto zawdzięcza powstanie najpierw Towarzystwa Przyjaciół Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, potem punktu konsultacyjnego KUL, wreszcie zalążków uczelni, nazywanej na wyrost "filią KUL” (tego określenia użył nawet Jan Paweł II podczas pielgrzymki w Sandomierzu), która teraz rozkwita jako Wydział Zamiejscowy Nauk o Społeczeństwie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.
Kościół Matki Bożej Królowej Polski, którego proboszczem był ks. Frankowski, tętnił życiem. W latach osiemdziesiątych sprowadzał na występy artystów tej miary jak Maja Komorowska, robił spotkania z ludźmi opozycji (m.in. Jackiem Kuroniem), organizował ciekawe wystawy, wieczory poetyckie, pokazy filmów. Sprowadzał dary z zagranicy dla biednych rodzin.
WSPARŁ SOLIDARNOŚĆ
Kiedy powstała Solidarność, wsparł ją całym sercem. Nie byłaby pewnie Stalowa Wola jednym z najsilniejszych ośrodków oporu przeciw komunistom bez niego. Jego kazania były dosadne i śmiałe. Brały się z chłopskiej mądrości, ze zdrowego rozsądku rolnika. Komuniści go nienawidzili. Nawet kiedy został biskupem pomocniczym diecezji przemyskiej, władze nie uznały tej nominacji. Po wielkim strajku w Hucie Stalowa Wola, który nazwany został "czwartym gwoździem do trumny komunizmu”, witał w progach świątyni robotników, jako "nielegalny biskup”. Zyskał miano "biskupa "Solidarności”. Niestety, esbecy zniszczyli jego teczki - potwierdzili badacze Instytutu Pamięci Narodowej. To, co się zachowało, wystarczyło na przyznanie mu statusu pokrzywdzonego.
O tym wszystkim mówiono w auli imienia Solidarności w Wydziale Zamiejscowym Nauk o Społeczeństwie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego podczas sesji. Okazją była nie tylko 70 rocznica urodzin biskupa Edwarda Frankowskiego, ale także 40-lecie pracy duszpasterskiej i 15-lecie posługi w diecezji sandomierskiej.
MEDAL OD REKTORA
Wśród upominków, jakie otrzymał, były m.in. wspomniany srebrny krzyż od władz miasta, medal za zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego wręczony przez rektora, ks. prof. Stanisława Wilka, biograficzna książka "Biskup Solidarności”, jaką otrzymał od przewodniczącego regionalnej Solidarności, upominek od władz Sandomierza.
Sunday, March 30, 2008
Saturday, March 29, 2008
Polish Army walczyli i umierali za wolna Polske.
Polish Army walczyli i umierali za wolna Polske.
Negowanie przez Grossa znaczenia roli Żydów w UB jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalanymi przez historyków. Cytowałem już w poprzednim szkicu uwagi o - łagodnie mówiąc - "nadreprezentacji Żydów w UB", sformułowane przez historyka prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skądinąd chętnie cytujący akurat prof. Paczkowskiego, całkowicie pominął jego ocenę na temat "nadreprezentacji Żydów". Jednoznacznie pisze o "nadreprezentatywności Żydów w UB" inny czołowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym najnowszym opracowaniu książce "Wokół pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, s. 86). O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce "Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism" (s. 63-64). Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki "Les Juifs en Pologne et Solidarność" ("Żydzi w Polsce i Solidarność") Michel Wiewiórka pisał na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności".
Zwróćmy przy tym uwagę na inną bardzo znaczącą manipulację Grossa. Na szeregu stron "Strachu" stara się on całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak Gross całkowicie przemilcza bardzo duże wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej części książki poświęconej "żydokomunie" nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości na ten temat. Typowy przykład "uczciwości" pisarskiej Grossa! Powróćmy jednak do sprawy roli Żydów w bezpiece. Gross przemilcza fakt, że jej wyjątkowość polegała nie tylko na tak usilnie podważanej przez niego nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez żydowskich funkcjonariuszy UB bardzo wielu przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów politycznych. Rzecz znamienna - złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu Pileckim po proces gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych. Czy to był przypadek?
Zbrodnie bezpieki
Pominę tu dokładne relacjonowanie jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na gen. "Nilu" (Emilu Auguście Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym Dzienniku" z 2 i 16 grudnia 2002 roku. Przypomnę tylko, że główni winowajcy zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści. Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak), która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w sfabrykowanym procesie wydała sędzina komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu. Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. "Nila" jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej", 18 listopada 1994 r.). Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała. Powiedziała ona m.in.: "Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwał "sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy" i jedną z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otóż - jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim w procesie Tadeusz M. Płużański: "Wyroki zapadły już wcześniej - wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański [podkr. J.R.N.]. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: "Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to będzie taka zwykła ludzka śmierć" (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, "Najwyższy Czas", 5 października 2002 r.). Warto przy okazji stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, "Najwyższy Czas", 27 października 2001 r.).
Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni - ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samorozrachunku Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995). Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych "zabaw" ludobójczego "kata ze Świętochłowic" S. Morela, polegającą na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich "zabawach" ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy. Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych polskich więźniach politycznych "reedukowanych" w obozie w Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, Żydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa 2000, s. 410), czytamy: "Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów". Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M. Wyrwicha, (Łagier Jaworzno, Warszawa 1995). Różne relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem: "Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!". Czy słowami: "Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej". (Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława Wiełę "Listu otwartego do premiera rządu RP" ("Jaworzniacy" nr 2/29 z lutego 1999 r.). Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: "Nienawidzę Piłsudskiego" (wg M. Wyrwich, Łagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90). Ludobójczy zbrodniarz S. Morel dostaje wciąż polską rentę - mniej więcej 5 tys. zł.
Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno: "Doświadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny. 'NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie' - meldował Władysław Liniarski 'Mścisław', komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do 'polskiego Londynu'. (...) Polacy po wojnie, używając hasła 'żydokomuna', posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę - po raz kolejny - niepodległości państwowej. Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi - często żołnierze podziemia niepodległościowego. 'Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (...) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego krwotoku (...)' - wspominał Jakub Górski 'Jurand', żołnierz AK (...). Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie: (...) Na pytania zadawane przez Światłę - szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną w rynsztoku nalewkowskim. Światło - Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w łeb (...) Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (...) Oficerowie ubowscy zmieniali się często (...). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki - był to sam Różański, zastępca Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa. W takiej sytuacji i wśród tej zgrai żydowskiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (...)". (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, we: "Wokół pogromu kieleckiego", Warszawa 2006, s. 86-88).
Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar "piekielnego śledztwa" prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretacji i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:
"1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);
2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp - szczególnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę - kilka razy dziennie);
4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;
5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (...);
6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (...)
8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (...)" (cyt. za K. Moczarski, Piekielne śledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
Inny żydowski dygnitarz MBP - Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, "Nasza Polska", 22 lipca 1998 r.). O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książce Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach.
Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu byłego kapelana 27. dywizji AK księdza Antoniego Dąbrowskiego.
Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.
Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", był tym działaczem, który najgwałtowniej gardłował za zaostrzeniem represji wobec przeciwników politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku. "Wsławił się" wówczas powiedzeniem: "Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa" (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn "Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg: Mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, Raport o sądowych morderstwach, Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksiński opisał np., jak to "kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika: "Zastrzelę cię, a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić" (por. J. Poksiński, TUN. Tatar - Utnik - Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarł zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców - szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por. A.K. Kunert - J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, "Życie Warszawy", 24 lutego 1993 r.).
Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano "krwawą Luną" z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż: "Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu" (por. A. Rószkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku. Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia. On to napisał własnoręczne rzekome "zeznania" mjr. Słabego, przyznającego się w nich do tego, jakoby "działał na szkodę państwa polskiego". Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.
Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu "Zośka" - Jana Rodowicza ps. "Anoda". Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari. Wszechstronnie uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii). Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny "Anoda" zginął w gmachu MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu "Zośka", uwięzionego w tym samym czasie, co "Anoda", Rodowicz został zastrzelony przez Bronisława K. z MBP. Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o zamordowaniu "Anody". Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby "Anoda" popełnił samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra. Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był wówczas środek zimy - 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie, że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?
Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach - zdemobilizowanych żołnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. W toku postępowania prokuratorskiego w labach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za "doradcę" oficera NKWD - majora Timoszenkę. W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).
Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi, płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do "win" zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci płk Ścibor, płk Barbasiewicz i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, "Nasza Polska" z 10 lutego 1999).
Mordercy sądowi
Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędziny Marii Gurowskiej. Wymieńmy tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano "Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego"), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga, etc., etc. Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego). A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym na s. 236 uwagi o "paru tuzinach Żydów" (czy 67, 131, czy nawet 438), "działających jako pachołki Stalina".
Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938. 26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK. Już następnego dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, "aby nie zdążyli złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie" (wg: T.M. Płużański, Przypadek prokuratora Graffa, "Najwyższy Czas", 6 lipca 2002 r.). Dzięki swej bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", doprowadzając do wydania wyroków śmierci na "Warszyca" i szereg innych współoskarżonych. Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej "miało miejsce morderstwo sądowe" (por. tamże). Graff "zasłynął" m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć "spisek w wojsku" (por. tamże). Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak za zawierający wiele oskarżeń "zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw - A. Fejgin i J. Różański.
Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury. "Zasłużył się" tak swą gorliwością w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego. 10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez S. Michnika mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.). 8 grudnia 1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim. W 1951 r. został stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ). W tym samym procesie podlaskiego NSZ Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W "Życiu" z 11 lutego 1999 r. pisano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.
A swoją drogą, ciekawe, w jaki sposób Kieresowski IPN wycofał się po cichu, rakiem, z szumnie zapowiedzianej obietnicy wystąpienia do Szwecji o ekstradycję Stefana Michnika. Mam przed sobą numer "Życia Warszawy" z 10 sierpnia 2000 roku, w którym nie kto inny, jak prof. Witold Kulesza, po dziś dzień szef pionu śledczego w IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się domagał ekstradycji Stefana Michnika. Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska o to, żeby nie osłabiać "autorytetu" Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego Kieresowskim władzom IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika? Czy IPN pod nowym kierownictwem zdobędzie się na wystąpienie o wydanie Polsce tego mordercy sądowego?
Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany w czasie wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono. Spośród ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie duża liczba najbardziej nieubłaganych "pogromców" polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń. Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego "Grota". Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej agentki to, iż: "Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie" (cyt. za: J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: "Gazeta Polska", 4 sierpnia 1994).
Adwo-kaci
Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia żydowskiego. Szczególny typ "obrońcy" w procesach politycznych reprezentował np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak "bronił" swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdząc, że "wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii" (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: "Najwyższy Czas", 26 stycznia 2003 r.). W podobny sposób Maślanko "bronił" - oskarżając szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego "Łupaszkę", czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (Maślanko zgodził się z większością rzekomych dowodów "winy" gen. "Nila"). Według ostatniego delegata Rządu w Londynie na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych "Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko - przypis T.M. Płużańskiego] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym" (por. tamże). Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do Maślanki "obrońcą", a raczej "adwo-katem" w sprawach politycznych był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii z Maślanką - Edward Rettinger. "Bronił" on Moczarskiego i jego kolegów słowami: "(...) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk" (por. tamże). Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.
Negowanie przez Grossa znaczenia roli Żydów w UB jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalanymi przez historyków. Cytowałem już w poprzednim szkicu uwagi o - łagodnie mówiąc - "nadreprezentacji Żydów w UB", sformułowane przez historyka prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gross, skądinąd chętnie cytujący akurat prof. Paczkowskiego, całkowicie pominął jego ocenę na temat "nadreprezentacji Żydów". Jednoznacznie pisze o "nadreprezentatywności Żydów w UB" inny czołowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym najnowszym opracowaniu książce "Wokół pogromu kieleckiego" (Warszawa 2006, s. 86). O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce "Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism" (s. 63-64). Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki "Les Juifs en Pologne et Solidarność" ("Żydzi w Polsce i Solidarność") Michel Wiewiórka pisał na s. 122: "Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności".
Zwróćmy przy tym uwagę na inną bardzo znaczącą manipulację Grossa. Na szeregu stron "Strachu" stara się on całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak Gross całkowicie przemilcza bardzo duże wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej części książki poświęconej "żydokomunie" nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości na ten temat. Typowy przykład "uczciwości" pisarskiej Grossa! Powróćmy jednak do sprawy roli Żydów w bezpiece. Gross przemilcza fakt, że jej wyjątkowość polegała nie tylko na tak usilnie podważanej przez niego nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez żydowskich funkcjonariuszy UB bardzo wielu przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów politycznych. Rzecz znamienna - złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale Fieldorfie "Nilu" i rotmistrzu Pileckim po proces gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych. Czy to był przypadek?
Zbrodnie bezpieki
Pominę tu dokładne relacjonowanie jednej z najhaniebniejszych zbrodni UB na gen. "Nilu" (Emilu Auguście Fieldorfie), szeroko opisanej przeze mnie w "Naszym Dzienniku" z 2 i 16 grudnia 2002 roku. Przypomnę tylko, że główni winowajcy zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści. Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak), która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w sfabrykowanym procesie wydała sędzina komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman. Dodajmy do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu. Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. "Nila" jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn "Gazety Wyborczej", 18 listopada 1994 r.). Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała. Powiedziała ona m.in.: "Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi" (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, "Nasza Polska", 24 lutego 1999 r.).
Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwał "sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy" i jedną z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otóż - jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim w procesie Tadeusz M. Płużański: "Wyroki zapadły już wcześniej - wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański [podkr. J.R.N.]. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: "Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to będzie taka zwykła ludzka śmierć" (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, "Najwyższy Czas", 5 października 2002 r.). Warto przy okazji stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, "Najwyższy Czas", 27 października 2001 r.).
Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni - ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samorozrachunku Johna Sacka "Oko za oko", Gliwice 1995). Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych "zabaw" ludobójczego "kata ze Świętochłowic" S. Morela, polegającą na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich "zabawach" ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy. Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych polskich więźniach politycznych "reedukowanych" w obozie w Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, Żydzi i Polacy 1918-1945 (Warszawa 2000, s. 410), czytamy: "Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów". Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M. Wyrwicha, (Łagier Jaworzno, Warszawa 1995). Różne relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem: "Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!". Czy słowami: "Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej". (Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława Wiełę "Listu otwartego do premiera rządu RP" ("Jaworzniacy" nr 2/29 z lutego 1999 r.). Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: "Nienawidzę Piłsudskiego" (wg M. Wyrwich, Łagier Jaworzno, Warszawa 1995, s. 90). Ludobójczy zbrodniarz S. Morel dostaje wciąż polską rentę - mniej więcej 5 tys. zł.
Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno: "Doświadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny. 'NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie' - meldował Władysław Liniarski 'Mścisław', komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do 'polskiego Londynu'. (...) Polacy po wojnie, używając hasła 'żydokomuna', posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę - po raz kolejny - niepodległości państwowej. Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi - często żołnierze podziemia niepodległościowego. 'Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber - przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (...) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego krwotoku (...)' - wspominał Jakub Górski 'Jurand', żołnierz AK (...). Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie: (...) Na pytania zadawane przez Światłę - szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną w rynsztoku nalewkowskim. Światło - Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w łeb (...) Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (...) Oficerowie ubowscy zmieniali się często (...). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki - był to sam Różański, zastępca Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa. W takiej sytuacji i wśród tej zgrai żydowskiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (...)". (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, we: "Wokół pogromu kieleckiego", Warszawa 2006, s. 86-88).
Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar "piekielnego śledztwa" prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretacji i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:
"1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);
2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp - szczególnie bolesna operacja torturowa;
3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę - kilka razy dziennie);
4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;
5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (...);
6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (...)
8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (...)" (cyt. za K. Moczarski, Piekielne śledztwo, "Odrodzenie", 21 stycznia 1989 r.).
Inny żydowski dygnitarz MBP - Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, "Nasza Polska", 22 lipca 1998 r.). O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książce Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach.
Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu byłego kapelana 27. dywizji AK księdza Antoniego Dąbrowskiego.
Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.
Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR "Trybuny Ludu", był tym działaczem, który najgwałtowniej gardłował za zaostrzeniem represji wobec przeciwników politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku. "Wsławił się" wówczas powiedzeniem: "Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa" (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn "Gazety Wyborczej", 3 maja 2000 r.). I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi. I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg: Mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, Raport o sądowych morderstwach, Warszawa 1994, s. 108).
Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej. Jerzy Poksiński opisał np., jak to "kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika: "Zastrzelę cię, a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić" (por. J. Poksiński, TUN. Tatar - Utnik - Nowicki, Warszawa 1992, s. 38). W sprawie bydgoskiej zmarł zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców - szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego "krwawym Kuhlem" (por. A.K. Kunert - J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, "Życie Warszawy", 24 lutego 1993 r.).
Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano "krwawą Luną" z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż: "Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu" (por. A. Rószkiewicz-Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).
Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku. Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia. On to napisał własnoręczne rzekome "zeznania" mjr. Słabego, przyznającego się w nich do tego, jakoby "działał na szkodę państwa polskiego". Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.
Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu "Zośka" - Jana Rodowicza ps. "Anoda". Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari. Wszechstronnie uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii). Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny "Anoda" zginął w gmachu MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu "Zośka", uwięzionego w tym samym czasie, co "Anoda", Rodowicz został zastrzelony przez Bronisława K. z MBP. Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o zamordowaniu "Anody". Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby "Anoda" popełnił samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra. Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był wówczas środek zimy - 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie, że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?
Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach - zdemobilizowanych żołnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku. W toku postępowania prokuratorskiego w labach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za "doradcę" oficera NKWD - majora Timoszenkę. W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).
Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi, płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do "win" zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci płk Ścibor, płk Barbasiewicz i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, "Nasza Polska" z 10 lutego 1999).
Mordercy sądowi
Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędziny Marii Gurowskiej. Wymieńmy tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano "Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego"), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga, etc., etc. Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego). A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym na s. 236 uwagi o "paru tuzinach Żydów" (czy 67, 131, czy nawet 438), "działających jako pachołki Stalina".
Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938. 26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK. Już następnego dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, "aby nie zdążyli złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie" (wg: T.M. Płużański, Przypadek prokuratora Graffa, "Najwyższy Czas", 6 lipca 2002 r.). Dzięki swej bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca", doprowadzając do wydania wyroków śmierci na "Warszyca" i szereg innych współoskarżonych. Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej "miało miejsce morderstwo sądowe" (por. tamże). Graff "zasłynął" m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć "spisek w wojsku" (por. tamże). Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak za zawierający wiele oskarżeń "zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw - A. Fejgin i J. Różański.
Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury. "Zasłużył się" tak swą gorliwością w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego. 10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez S. Michnika mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.). 8 grudnia 1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim. W 1951 r. został stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ). W tym samym procesie podlaskiego NSZ Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W "Życiu" z 11 lutego 1999 r. pisano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.
A swoją drogą, ciekawe, w jaki sposób Kieresowski IPN wycofał się po cichu, rakiem, z szumnie zapowiedzianej obietnicy wystąpienia do Szwecji o ekstradycję Stefana Michnika. Mam przed sobą numer "Życia Warszawy" z 10 sierpnia 2000 roku, w którym nie kto inny, jak prof. Witold Kulesza, po dziś dzień szef pionu śledczego w IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się domagał ekstradycji Stefana Michnika. Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska o to, żeby nie osłabiać "autorytetu" Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego Kieresowskim władzom IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika? Czy IPN pod nowym kierownictwem zdobędzie się na wystąpienie o wydanie Polsce tego mordercy sądowego?
Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany w czasie wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach politycznych.
Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono. Spośród ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie duża liczba najbardziej nieubłaganych "pogromców" polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń. Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego "Grota". Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej agentki to, iż: "Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie" (cyt. za: J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: "Gazeta Polska", 4 sierpnia 1994).
Adwo-kaci
Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia żydowskiego. Szczególny typ "obrońcy" w procesach politycznych reprezentował np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak "bronił" swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do gestapo i Abwehry, twierdząc, że "wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii" (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: "Najwyższy Czas", 26 stycznia 2003 r.). W podobny sposób Maślanko "bronił" - oskarżając szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego "Łupaszkę", czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila" (Maślanko zgodził się z większością rzekomych dowodów "winy" gen. "Nila"). Według ostatniego delegata Rządu w Londynie na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych "Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców [której przewodniczył Maślanko - przypis T.M. Płużańskiego] jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym" (por. tamże). Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.
Podobnym do Maślanki "obrońcą", a raczej "adwo-katem" w sprawach politycznych był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii z Maślanką - Edward Rettinger. "Bronił" on Moczarskiego i jego kolegów słowami: "(...) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk" (por. tamże). Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.
Friday, March 28, 2008
Nigdy nie Zzapomniemy co Niemcy Deutscland zrobily.
Nigdy nie Zzapomniemy co Niemcy Deutscland zrobily.
Monday, March 24, 2008
A real hero - Witold Pilecki - A Volunteer for Auschwitz



A real hero - Witold Pilecki - A Volunteer for Auschwitz
Pilecki i Anders
("Let's Reminisce About Witold Pilecki")
Witold Pilecki was born in Poland in 1901. When the German Army invaded the country in September, 1939, Pilecki joined the Tajna Armia Polska, the Secret Polish Army.
When Pilecki discovered the existence of Auschwitz, he suggested a plan to his senior officers. Pilecki argued he should get himself arrested and sent to the concentration camp. He would then send out reports of what was happening in the camp. Pilecki would also explore the possibility of organizing a mass break-out.
Pilecki's colonel eventually agreed and after securing a false identity as Tomasz Serafinski, he arranged to be arrested in September, 1940. As expected he was sent to Auschwitz where he became prisoner 4,859. His work consisted of building more huts to hold the increased numbers of prisoners.
Pilecki soon discovered the brutality of the Schutz Staffeinel (SS) guards. When one man managed to escape on 28th October 1940, all the prisoners were forced to stand at attention on the parade-ground from noon till nine in the evening. Anyone who moved was shot and over 200 prisoners died of exposure. Pilecki was able to send reports back to the Tajna Armia Polska explaining how the Germans were treating their prisoners. This information was then sent to the foreign office in London.
In 1942 Pilecki discovered that new windowless concrete huts were being built with nozzles in their ceilings. Soon afterwards he heard that that prisoners were being herded into these huts and that the nozzles were being used to feed cyanide gas into the building. Afterwards the bodies were taken to the building next door where they were cremated.
Pilecki got this information to the Tajna Armia Polska who passed it onto the British foreign office. This information was then passed on to the governments of other Allied countries. However, most people who saw the reports refused to believe them and dismissed the stories as attempts by the Poles to manipulate the military strategy of the Allies.
In the autumn of 1942, Jozef Cyrankiewicz, a member of the Polish Communist Party, was sent to Auschwitz. Pilecki and Cyrankiewicz worked closely together in organizing a mass breakout. By the end of 1942 they had a group of 500 ready to try and overthrow their guards.
Four of the inmates escaped on their own on 29th December, 1942. One of these men, a dentist called Kuczbara, was caught and interrogated by the Gestapo. Kuczbara was one of the leaders of Pilecki's group and so when he heard the news he realized that it would be only a matter of time before the SS realized that he had been organizing these escape attempts.
Pilecki had already arranged his escape route and after feigning typhus, he escaped from the hospital on 24th April, 1943. After hiding in the local forest, Pilecki reached his unit of the Tajna Armia Polska on 2nd May. He returned to normal duties and fought during the Warsaw Uprising in the summer of 1944. Although captured by the German Army he was eventually released by Allied troops in April, 1945.
After the Second World War Pilecki went to live in Poland.The Polish Secret Police had him executed in 1948. It is believed that this was a result of his anti-communist activities.
Only Ghosts And Echoes -
Posted by Felis in Heroes, History (Sunday February 12, 2006 at 5:03 pm)
I learnt about Witold Pilecki only by accident, when my maternal grandfather dropped his name while talking about his former associate and the then Polish Prime Minister Jozef Cyrankiewicz.
- Cyrankiewicz, he said, could have saved Pilecki but of course his own heroic tale could have been ruined.
I started asking my grandfather additional questions and learnt a few things about this man, Witold Pilecki, who according to my grandfather’s patchy story, volunteered to go to Auschwitz to gather intelligence for the Home Army (Polish Military Underground Organization) operating during the German occupation.
It was, I think, 1967 and Witold Pilecki as far as the communist authorities were concerned, officially never existed.
My grandfather knew Jozef Cyrankiewicz because both of them were members of PPS -Polish Socialist Party before WWII (PPS was a social-democratic party). Cyrankiewicz was captured and sent by the Germans to Auschwitz in 1942 but my grandfather was saved from being captured by his new identity supported by false documents. After the war, most of the members of PPS accepted the communists’ offer to join the Soviet bandwagon in exchange for good positions within the new administration and sometimes because they weren’t sure what might happen to them if they refused.
This move gave the communists more legitimacy among Western countries as well as the desperate Polish nation.
Or so they thought.
The communist party members were mostly imported from the Soviet Union.
These people, officially Polish, very often could not speak the language and like the first President Boleslaw Bierut were full time NKVG (Soviet Security) employees (the real Polish communist who ended up in Russia after 1939 were mostly executed by Stalin in the 40’s).
And so PPS and PPR (Polish Worker’s Party) were amalgamated into PZPR (Polish United Worker’s Party).
My grandpa was one of those scoundrels, who joined the new organization and for the rest of his life tried to convince himself that his decision was morally justified. He never really made it to the “top†and that is probably why he felt resentment towards Cyrankiewicz for not assisting his old comrades a little bit harder.This is how I learnt about Witold Pilecki for the first time. My grandfather made bitter comments about Cyrankiewicz’s duplicity.
I digress.
I started searching for some more information about Pilecki and slowly a picture emerged, which as much as it was depressing, gave me the feeling of faith in certain moral values, which I thought were long time dead.
Witold Pilecki was rehabilitated only in 1991 and so as I was searching a few days ago for some extra materials about him, I discovered this Wikipedia entry.
There are more sources available on line but because most of them are in Polish, I decided to quote and to translate some additional and interesting aspects of Pilecki’s life story to pay a tribute to the man, who I think, deserves much more recognition.
It was 1940 the Secret Polish Army received conflicting reports about this “new facility†being built and expanded by the Germans in Auschwitz (Oswiecim in Polish) near Kraków.The commanders of the underground, secret army were also receiving requests from the Polish Government, in exile in London; to investigate and to report about German activities around Auschwitz as the unconfirmed rumors about atrocities taking place there reached the allied forces. Witold Pilecki, a lieutenant in the underground army, was the man who volunteered to Auschwitz.
Witold Pilecki was born in 1901 in Oluniec in Russia, where his family was exiled for taking part in the 1863 uprising against Russian occupation of Poland. In 1910 his family moved back into the remains of their property (Pilecki family were small gentry-landowners) near Wilno (today Vilnius). In 1918, he volunteered for the Polish Army that was being formed at that time, and then fought in the Polish-Bolshevik War of 1920.
Witold Pilecki in his cavalry uniform
In 1921 Pilecki took leave from the army to pass his High School Certificate exams (Matura). He attempted studying fine arts at the Stefan Batory University for a while.
Finally, he finishes Military school of Cavalry Reserve in Grudziadz and after being transferred to the Army Reserve as a second lieutenant, he takes over the farm management in his family property in Sukurcze in 1926. He lived and worked in Sukurcze until the outbreak of WWII. These were the happiest years of his life.
Witold Pilecki in before WWII
In 1931 Pilecki married Marianna Ostrowska, a teacher from Masovia. They had two children, a son Andrew and daughter Zofia. In the September campaign of 1939, Pilecki fought as a member of the “Prusy†army group. In November after the collapse of Polish defenses, he helped to found the Secret Polish Army, where he served as the Chief of Staff. In August 1940 Pilecki volunteered to infiltrate Germany’s Auschwitz Concentration Camp at Oswiecim
with the following objectives in mind:
Setting up of a secret organization within the camp to:
Provide extra food and distribute clothing among organization members.
Keep up the morale among fellow inmates and supply them with news from the
outside.
Preparing a task force to take over the camp in the eventuality of the
dropping of arms or of a live force (e.g. paratroops).
Report all of the above to the Secret Army headquarters
On September 19, 1940, with the permission of his commanding officers, he intentionally allowed himself to be captured by the Germans during a round-up in Warsaw’s suburb Zoliborz.
He arrived at Auschwitz at 10 P.M. on September 21, 1940, in the “second†Warsaw transport, under the name Tomasz Serafinski. He was registered as number 4859.
Â
Oswiecim - Pilecki’s mug shot
Â
Fragment of Pilecki’s diary (1) translated from Polish:
They made us run straight ahead towards the thicker concentration of lights. Further towards the destination (the SS troopers) ordered one of us to run to the pole on the side of the road and immediately a series from a submachine gun was sent after him.
Dead.
Ten other inmates were pulled out at random from the marching column and shot with pistols while still running to demonstrate to us the idea of “collective reprisal†if an escape was attempted by any one of us (in this case it was all arranged by the SS troopers).
They pulled all eleven corpses by ropes attached to just one leg. Dogs baited the blood soaked bodies.
All of it was done with laughter and jeering.
We were closing to the gate, an opening in the line of fences made of wire.
There was a sign at the top: “Arbeit macht frei†(Through Work To Freedom).
Only later we could fully appreciate its real meaning.
Pilecki survived his first days in Auschwitz and later established the first cell of his secret organization.
Fragment of Pilecki’s diary (2) translated from Polish:
From the darkness, from above the camp’s kitchen, Seidler the butcher spoke to us: †Do not even dream that any one of you will get out of here alive.
Your daily food ratio is intended to keep you alive for 6 weeks; whoever lives longer it’s because he steals and those who steal will be placed in SK, where nobody lives for too long.â€
Wladyslaw Baworowski - the camp’s interpreter translated it to us into Polish.
SK (Straf-Kompanie - Penal Company).
This unit was designated for all Jews, Catholic priests and those Poles whose “offencesâ€
were proven. Ernst Krankemann, the Block Commander, had a duty of finishing off as many prisoners of the unit as he possibly could to make room for new, daily “arrivalsâ€.
This duty suited Krankemann’s character very well.
If someone accidentally moved just little bit too much from the row of prisoners, Krankemann stabbed him with his knife, which he always carried in his right sleeve.
If someone, afraid of making this mistake, positioned himself slightly too far behind, he would be stabbed by the butcher in the kidney.
The sight of a falling human being, kicking his legs and moaning aggravated Krankemann.
He would jump straight away on the victim’s rib cage, kicked his kidneys and genitals, and finished him off as quickly as possible.
In ‘The Polish Underground Movement in Auschwitz’ Garlinski says:.
Pilecki’s secret organization, which he called the ‘Union of Military Organization’, was composed of cells of five prisoners who were unknown to one another with one man designated to be their commander.
These cells were to be found mainly in the camp hospital and camp work allocation office.
Once the first cells were established, contact with Warsaw became essential.
It so happened that at the time, by exceptionally fortuitous circumstances, a prisoner was released from the camp who was able to take Pilecki’s first report. Later reports were smuggled out by civilian workers employed in the camp. Another means was through prisoners who had decided to escape.
From the very start Pilecki’s principal aim was to take over Auschwitz concentration camp and free all the prisoners. He envisaged achieving this by having Home Army detachments attacking from the outside while cadre members of his Union of Military Organization, numbering around a thousand prisoners, would start a revolt from within. All his reports primarily concerned this matter. However, the Home Army High Command was less optimistic and did not believe such an operation to be viable while the Eastern Front was still far away.
In his diary Pilecki didn’t give the SS troopers much credit, and was certain that his organization could have taken control of the camp.
He waited for orders from the headquarters but at the same time the Germans started arresting members of Pilecki’s secret organization and he knew his time was up.
He also believed that if he could present “his case†in person some action would be taken.
Pilecki therefore felt it necessary to present his plans personally. This meant that he would have to escape from the camp, which he succeeded in doing with two other prisoners on 27th April 1943. Before the breakout Pilecki passed on his position within the camp organization to fellow inmate Henryk Bartoszewicz. However, neither his subsequent report nor the fact that he presented it in person altered the high command’s decision.
Fearing the reprisals on the entire Polish population was one of the reasons why such action was not allowed by the high command in London.
Another one was that there was no way to hide or to move such enormous number of people anywhere and with the Eastern Front still far away the whole project was considered unrealistic.
Witold Pilecki escaped from Auschwitz on the Easter Monday 1943, he also survived the Warsaw Uprising an the German POW camp in Germany.
He returned to Poland after the war and started organizing resistance
against the communists.
When he learnt that the Allies would not help to liberate Poland from the Soviets he started demobilizing the military underground organization.
It was then, that the communists arrested him.
Â
Pilecki - communist jail mug shots
Â
He was interrogated and tortured for many months. His finger nails were pulled out and his collarbones broken and he could hardly walk.
He never “talkedâ€.
After his process, which was a simple farce, he was sentenced to death by a firing squad.
There was no firing squad though.
The executioners dragged him the basement of the Security Headquarters building, into the boiler room.
He was gagged and could not walk.
They shot him with a single slug into the back of his head. He was buried somewhere on the rubbish tip next to the Powazki Cemetery.
His body was never found.
Sunday, March 23, 2008
Israel Attacks the USS Liberty
Israel Attacks the USS Liberty
Israel Attacks the USS Liberty pt 2 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 3 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 4 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 5 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 6 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 7 of 7
The "Israel Lobby"
AIPAC: The Israeli Lobby pt 4 of 5
Israel Attacks the USS Liberty pt 2 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 3 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 4 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 5 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 6 of 7
Israel Attacks the USS Liberty pt 7 of 7
The "Israel Lobby"
AIPAC: The Israeli Lobby pt 4 of 5
Friday, March 21, 2008
Polak antysemita to absolutna bzdura
Polak antysemita to absolutna bzdura
Nasz Dziennik, 2008-03-21
Z Mateuszem Szpytmą, historykiem z IPN, specjalistą od historii wsi i ruchu ludowego, inicjatorem budowy w Markowej pomnika poświęconego rodzinie Ulmów oraz autorem artykułów i książek poświęconych Polakom ratującym Żydów w czasie okupacji niemieckiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Album "Sprawiedliwi i ich świat" Pana autorstwa ukazuje historię Markowej i heroizm Polaków, którzy w czasie okupacji ratowali Żydów, narażając własne życie. Skąd wziął się pomysł i jaki jest cel tej publikacji?
- Pierwotnie planowałem opublikować artykuł naukowy o historii rodziny Ulmów, który miał być zaprezentowany podczas konferencji zorganizowanej przez krakowski IPN w Kielcach. Podczas prowadzonych badań okazało się, że informacji na temat Ulmów, a także innych rodzin, które ukrywały Żydów, jest więcej, niż przypuszczałem, niezwykle bogaty jest również materiał ikonograficzny poświęcony tym ludziom. Chodzi mianowicie o mniej więcej tysiąc zdjęć wykonanych przez Józefa Ulmę w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej. Był to wystarczający materiał na album, który ukazywałby wieś Markową oraz rodziny, które ratowały przed zagładą aż 17 Żydów, a zwłaszcza wstrząsającą historię rodziny Józefa i jego będącej w stanie błogosławionym żony Wiktorii oraz ich sześciorga dzieci: Stasi, Basi, Władzia, Franusia, Antosia, Marysi, którzy za pomoc dwóm rodzinom żydowskim Szallom i Goldmanom złożyli najwyższą ofiarę. Wśród zdjęć są także autoportrety samego Józefa Ulmy.
Zbliża się 64. rocznica męczeńskiej śmierci Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci (24 marca). Kim byli i dlaczego zdecydowali się na taki akt miłości bliźniego?
- Ulmowie to rodzina od pokoleń związana z Markową. Byli to ludzie bardzo ubodzy, mieli niewiele ponad hektar ziemi. Józef był ogrodnikiem i propagatorem nowoczesnych jak na owe czasy metod upraw. Jego pasją było też fotografowanie, sam wykonał nawet jeden z aparatów. Tym, ale także fabrycznym sprzętem uwieczniał swoich najbliższych oraz życie wsi. Posiadał też własną maszynę introligatorską, eksperymentował z energią elektryczną i - co ciekawe - miał w swoim obejściu małą elektrownię wiatrową, dzięki której ładował akumulatory. Był także pierwszą osobą we wsi, która używała elektryczności. Niezwykle aktywny działacz społeczny - pracował m.in. jako bibliotekarz w Związku Młodzieży Wiejskiej, udzielał się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, prenumerował wiele czasopism. Do dzisiaj w wielu domach w Markowej, także w tym miejscu, gdzie żył - na parceli, gdzie obecnie mieszka jego bratanica, zachowała się całkiem spora biblioteka należąca do Józefa. Jego żoną była najmłodsza córka Jana i Franciszki Niemczaków - Wiktoria. Było to bardzo religijne, doskonale rozumiejące się i darzące miłością małżeństwo, a owocem tej miłości było sześcioro dzieci. Wiosną 1944 roku miało się urodzić kolejne. Józef z Wiktorią regularnie uczestniczyli w nabożeństwach kościelnych. Z relacji świadków wynika też, że Józef z rodziną wspólnie klękali do modlitwy wieczornej.
Dlaczego zdecydowali się na ukrywanie Żydów? Przecież groziła za to śmierć...
- Byli to ludzie bardzo otwarci i wrażliwi na los drugiego człowieka. Z zachowanych przekazów wynika, że już przed wojną żyli w bardzo dobrych stosunkach z Żydami. Była to rodzina z jednej strony bardzo tradycyjna, żyjąca chrześcijańskimi wartościami, a z drugiej strony nowoczesna, otwarta na świat i na potrzeby innych bez żadnych uprzedzeń. Znajomość z Szallami i Goldmanami jeszcze sprzed wojny potwierdza brat Józefa, Władysław. Dlatego, kiedy ludzie ci poprosili o pomoc, Ulma im nie odmówił, mimo iż ryzykował życie nie tylko swoje, ale przede wszystkim swoich dzieci.
Kto i dlaczego zadenuncjował Ulmów i przyczynił się do zgładzenia tylu niewinnych Polaków?
- Z dokumentów podziemia Ludowej Straży Bezpieczeństwa - formacji związanej ze Stronnictwem Ludowym "Roch", która miała bardzo mocne struktury na terenie Obwodu Przeworskiego, wynika, że podziemie nie bez podstaw podejrzewało o tę denuncjację Włodzimierza Lesia, z pochodzenia Ukraińca, którego dziadkowie przybyli ze Wschodniej Galicji do Białej Rzeszowskiej i tu zamieszkali. On sam zaś ożenił się i zamieszkał na przedmieściach Łańcuta. W czasie okupacji był posterunkowym granatowej policji właśnie w Łańcucie i posiadał już uprzednio kontakty z jedną z ukrywanych przez Ulmów rodzin - Szallów, którym sam wcześniej pomagał. Kiedy jednak zorientował się, że grozi za to kara śmierci, wyrzucił ich na pastwę losu. Żydzi udali się do Markowej, do Ulmy, ale ciągle nachodzili Lesia, domagając się zwrotu dobytku, który dali mu na przechowanie. Hipoteza, ale oparta na bardzo mocnych podstawach głosi, że kiedy Szallowie w zamian za swój majątek dokonali "kradzieży" jego dóbr, Leś zdenerwował się i doniósł swoim kolegom z żandarmerii niemieckiej, którzy 24 marca 1944 roku dokonali zbrodni łącznie na 17 osobach. W tej karnej ekspedycji brał również udział Włodzimierz Leś.
Czy znany jest los inspiratorów tej zbrodni?
- Wkrótce po tym, jak Sowieci wkroczyli na te tereny, podziemie niepodległościowe wykonało wyrok śmierci na Włodzimierzu Lesiu, który był podejrzewany o dokonanie nie tylko tej zbrodni, ale miał także na sumieniu inne czyny, w tym wysługiwanie się niemieckiemu okupantowi. W 1958 roku w Czechosłowacji został odnaleziony zgermanizowany Czech Joseph Kokott, który był żandarmem niemieckiej policji w Łańcucie i osobiście rozstrzelał trójkę bądź czwórkę Ulmów. Kokott, który miał na sumieniu nie tylko rodziny Ulmów, Szallów i Goldmanów, ale także szereg Polaków i polskich Żydów z Łańcuta i okolic na mocy ekstradycji trafił do Polski i wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z 1958 roku został skazany na karę śmierci zamienioną później na 25 lat więzienia. Kokott zmarł na krótko przed końcem odbywania kary. Z kolei dowódca ekspedycji karnej por. Eilert Dieken uniknął doczesnej kary i zmarł w latach 60. w Niemczech, kiedy akurat rozpoczęto zbieranie materiałów obciążających go z okresu II wojny światowej. Los innych sprawców mordu w Markowej: Michaela Dziewulskiego i Ericha Wilde, a także funkcjonariuszy policji granatowej z Łańcuta za wyjątkiem wspomnianego już Włodzimierza Lesia, jest nieznany.
Bohaterska postawa rodziny Ulmów nie była jednak odosobniona w Markowej. Rodzin, dzięki którym Żydzi mogli przetrwać koszmar wojny, było więcej...
- To prawda. Obok Ulmów w Markowej było jeszcze pięć innych rodzin, które ukrywały Żydów. Łącznie w ich domach oprócz ośmiu u rodziny Ulmów ukrywało się 17 Żydów. Bohaterstwem wykazały się dwie rodziny Barów, rodzina Przybylaków, Szylarów i Cwynarów, które mimo tragedii Ulmów i strachu, jaki padł na wieś, po tym, co się wydarzyło, nadal ukrywały Żydów. Dzięki temu ludzie ci przeżyli okupację niemiecką.
Czy znane są ich losy?
- Większość z nich wyemigrowała za granicę. Z dwoma rodzinami udało mi się nawet nawiązać kontakt. Rodzina Riesenbachów wkrótce po wojnie wyemigrowała najpierw do Austrii, a następnie do Kanady, gdzie jeszcze jeden z nich żyje. Żyją także ich dzieci. Drugi przedstawiciel Żydów ukrywanych w Markowej, z jakim nawiązałem kontakt, to Abraham Segal, który jako jedyny z rodziny ocalał z holokaustu i żyje w Hajfie, dokąd wyemigrował w 1946 roku. Utrzymuje on stały kontakt z mieszkańcami Markowej i często przyjeżdża tam na uroczystości. Do USA wyemigrowała także rodzina Weltzów, do Szczecina wyjechał Jakub Einhorn, a jego krewni mieszkają za oceanem. W Żydowskim Instytucie Historycznym zachowała się natomiast relacja wdowy po Jakubie Einhornie, która zaświadcza o tym, że rodzina Przybylaków w czasie wojny ukrywała jej męża. Ostatnią była rodzina Lorbenfeldów, którzy po wojnie wyjechali do USA, ale dalsze ich losy pozostają nieznane.
Nie tylko Markowa znalazła się na mapie miejscowości, w których ukrywano Żydów. Jaka była skala tego zjawiska na Rzeszowszczyźnie?
- Szczegółowe badania na ten temat prowadzi rzeszowski Oddział IPN, a konkretnie dr Elżbieta Rączy, której książka poświęcona tej tematyce ukaże się już niebawem. Wiemy, że z rąk Niemców zginęło za pomoc Żydom ok. 200 (w całej Małopolsce - Rzeszowskie i Krakowskie razem co najmniej 330) Polaków. Trudno natomiast powiedzieć, ilu Żydów zostało uratowanych, na pewno możemy mówić o tysiącach.
Ilu Żydów zostało uratowanych w okupowanej Polsce?
- Z szacunkowych danych, które stale IPN weryfikuje, wynika, że dzięki Polakom II wojnę światową przeżyło od 40 do 100 tysięcy Żydów. Myślę, że dzięki prowadzonemu przez IPN, Instytut Studiów Strategicznych, Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych programom Index i Polacy Ratujący Żydów w ciągu kilku najbliższych lat dane te zostaną ostatecznie zweryfikowane. Wiemy natomiast, że za pomoc Żydom zginęło z rąk Niemców około dwóch tysięcy Polaków.
Żydów ukrywali nie tylko świeccy. Jaki był udział duchowieństwa w ratowaniu ludności żydowskiej?
- W skali Polski udział Kościoła katolickiego, także hierarchicznego, w ratowaniu Żydów był olbrzymi. Wiele w tym względzie uczyniły zakony, szczególnie żeńskie, m.in. na Rzeszowszczyźnie - chociażby Siostry Niepokalanki w Jarosławiu czy Służebniczki NMP w Starej Wsi, które ukrywały obywateli polskich narodowości żydowskiej. Jedna z form pomocy polegała także na fałszowaniu dokumentów metrykalnych, gdzie księża często zaświadczali, że dana osoba jest katolikiem. Wiele takich metryk wydała m.in. parafia uniwersytecka pw. św. Anny w Krakowie. To pomagało przeżyć Żydom okupację, niekoniecznie w ukryciu.
Czym faktycznie było ukrywanie Żydów w Polsce pod okupacją niemiecką?
- Trzeba pamiętać, że ukrywanie Żydów w Polsce pod okupacją niemiecką było wielkim ryzykiem. W przypadku ujawnienia takiego faktu Niemcy stosowali odpowiedzialność zbiorową. Stąd świadectwa siły charakteru, męstwa i odwagi ludzi świeckich, ale także duchownych jeszcze dziś porażają autentyzmem. Należy też pamiętać, że Polska oprócz Związku Sowieckiego była jedynym terenem okupowanym, gdzie nie tylko za ukrywanie, ale także za pomoc doraźną Żydowi groziła kara śmierci i wyroki takie w ogromnej większości były rygorystycznie wykonywane. Po raz pierwszy takie rozporządzenie w październiku 1941 roku wydał generalny gubernator Hans Frank.
A jak to wyglądało w innych krajach okupowanych?
- Tam również był zakaz pomocy Żydom, ale przypadki tego typu były mniej rygorystycznie karane. Tak było m.in. w okupowanej Francji, Belgii czy Holandii, gdzie za pomoc Żydowi można było otrzymać np. grzywnę, a jeżeli ta pomoc dotyczyła większej liczby Żydów lub była udzielana po raz kolejny, to w wyjątkowych przypadkach kończyło się to zsyłką do obozu koncentracyjnego. Nie było natomiast tak, by za pomoc Żydom groziła bezpośrednio kara śmierci.
Skąd takie rozbieżności w traktowaniu za pomoc Żydom?
- Zasadniczo okupacja w zachodniej Europie, a w Polsce czy w Związku Sowieckim znacznie się różniła, i to nie tylko w tym aspekcie. Nie umniejszając tego, że np. Francja była okupowana, to jednak w porównaniu z Polską, gdzie miały miejsce np. liczne pacyfikacje, była to zupełnie inna, bardziej łagodna rzeczywistość. Rozstrzeliwania czy wywożenie Francuzów do obozów należało do rzadkości, podczas gdy w Polsce czy ZSRS była to tragiczna codzienność.
Heroizm Polaków ratujących Żydów był rzeczą wyjątkową. Odwracając role, czy w podobnej sytuacji Polacy mogliby liczyć na pomoc ze strony Żydów?
- Trudno powiedzieć, jak zachowaliby się Żydzi w podobnej sytuacji. Myślę, że jest to kwestia indywidualnego podejścia każdego człowieka do konkretnej sytuacji, stąd trudno z góry deklarować jakiekolwiek postawy. Podejrzewam jednak, że mogłoby być podobnie, że również po stronie żydowskiej znaleźliby się ludzie sprawiedliwi, którzy nie zawahaliby się podjąć ryzyka i ratować zagrożone życie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Pomoc drugiemu człowiekowi jest wpisana w naturę człowieka, który jest istotą społeczną, i to niezależnie od narodowości czy wyznawanej religii. Tym większe bohaterstwo tych Polaków, którzy nie zawahali się ryzykować własnego życia, niosąc pomoc Żydom.
Nie wszyscy jednak tak uważają. Tomasz Gross w swojej książce "Strach" pisze, że to, co się działo po wojnie w Polsce, było przedłużeniem holokaustu, że Kościół i Naród Polski był antysemicki. Patrząc na przykłady heroizmu Polaków, którzy ratowali Żydów, oskarżanie Polaków o antysemityzm wygląda na niedorzeczność i wyraźny akt złej woli. Jak to rozumieć?
- Być może wynika to z negatywnych doświadczeń autora i jego rodziny. Osobiście nie odważyłbym się powiedzieć o polskim Kościele, że był czy jest antysemicki. Nie znam też przypadku, by jakikolwiek kapłan nawoływał do tego, by nie pomagać Żydom, a tym bardziej żeby ich prześladować. Dlatego straszenie Kościołem uważam za zwykłą niedorzeczność. W odniesieniu do świeckich, owszem, zdarzały się sytuacje, w których Polacy nie udzielali pomocy Żydom, a nawet ich wydawali, ale były to przypadki skrajne, które w żaden sposób nie mogą rzutować ani podważać faktu, że dzięki heroizmowi Polaków wielu Żydów przetrwało okupację. Trzeba też bardzo wyraźnie i zdecydowanie powiedzieć, że szmalcownictwo w okresie wojny (choć nie były to przypadki częste) było bardzo surowo - nawet śmiercią - karane przez Polskie Państwo Podziemne. Również polskie władze na emigracji pomagały Żydom - nie tylko poprzez przekazywanie pieniędzy Radzie Pomocy Żydom, ale wydawały także oświadczenia mówiące o tym, co się dzieje z obywatelami polskimi pochodzenia żydowskiego w czasie okupacji niemieckiej, w co świat nie chciał wówczas wierzyć. To właśnie my, Polacy, nasz rząd wskazywaliśmy wyraźnie na ten problem. Dlatego oskarżanie nas o czynny antysemityzm jest nieporozumieniem i absolutną bzdurą. O naszej postawie najlepiej świadczą heroiczne czyny Sług Bożych Ulmów i wielu innych, często bezimiennych bohaterów, którzy ratowali Żydów przed zagładą.
Na koniec powróćmy może do Pana publikacji, która otwiera nową serię IPN. Co to za seria i czemu ma służyć?
- Nowa seria IPN w formie naukowej ma pokazywać zapomniane przez lata, czasem bardzo wstrząsające przypadki związane z ukrywaniem Żydów z poszczególnych regionów Polski, i to nie tylko w postaci pomocy indywidualnej, ale także pomocy zorganizowanej. Dotyczy to również wspomnianej już Rady Pomocy Żydom w ramach Polskiego Państwa Podziemnego czy rządu na uchodźstwie. Książka "Sprawiedliwi i ich świat" jest zwiastunem tej serii. Wkrótce będzie kolejna publikacja dr Elżbiety Rączy o Polakach pomagających Żydom na Rzeszowszczyźnie. Kolejna to wybór relacji z Komitetu dla Upamiętniania Polaków Ratujących Żydów założonego przez prof. Tomasza Strzembosza, który to komitet przygotowuje tę publikację wraz z IPN. Będą też inne pozycje pokazujące konkretne przykłady oraz dokumentację dotychczasowej wiedzy poświęcone tej problematyce. Również od czasu zakończenia prac nad moją książką ciągle pojawiają się nowe informacje na temat relacji polsko-żydowskich w Markowej, które są obecnie potwierdzane i będą w przyszłości omawiane.
Dziękuję za rozmowę
Nasz Dziennik, 2008-03-21
Z Mateuszem Szpytmą, historykiem z IPN, specjalistą od historii wsi i ruchu ludowego, inicjatorem budowy w Markowej pomnika poświęconego rodzinie Ulmów oraz autorem artykułów i książek poświęconych Polakom ratującym Żydów w czasie okupacji niemieckiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Album "Sprawiedliwi i ich świat" Pana autorstwa ukazuje historię Markowej i heroizm Polaków, którzy w czasie okupacji ratowali Żydów, narażając własne życie. Skąd wziął się pomysł i jaki jest cel tej publikacji?
- Pierwotnie planowałem opublikować artykuł naukowy o historii rodziny Ulmów, który miał być zaprezentowany podczas konferencji zorganizowanej przez krakowski IPN w Kielcach. Podczas prowadzonych badań okazało się, że informacji na temat Ulmów, a także innych rodzin, które ukrywały Żydów, jest więcej, niż przypuszczałem, niezwykle bogaty jest również materiał ikonograficzny poświęcony tym ludziom. Chodzi mianowicie o mniej więcej tysiąc zdjęć wykonanych przez Józefa Ulmę w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej. Był to wystarczający materiał na album, który ukazywałby wieś Markową oraz rodziny, które ratowały przed zagładą aż 17 Żydów, a zwłaszcza wstrząsającą historię rodziny Józefa i jego będącej w stanie błogosławionym żony Wiktorii oraz ich sześciorga dzieci: Stasi, Basi, Władzia, Franusia, Antosia, Marysi, którzy za pomoc dwóm rodzinom żydowskim Szallom i Goldmanom złożyli najwyższą ofiarę. Wśród zdjęć są także autoportrety samego Józefa Ulmy.
Zbliża się 64. rocznica męczeńskiej śmierci Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci (24 marca). Kim byli i dlaczego zdecydowali się na taki akt miłości bliźniego?
- Ulmowie to rodzina od pokoleń związana z Markową. Byli to ludzie bardzo ubodzy, mieli niewiele ponad hektar ziemi. Józef był ogrodnikiem i propagatorem nowoczesnych jak na owe czasy metod upraw. Jego pasją było też fotografowanie, sam wykonał nawet jeden z aparatów. Tym, ale także fabrycznym sprzętem uwieczniał swoich najbliższych oraz życie wsi. Posiadał też własną maszynę introligatorską, eksperymentował z energią elektryczną i - co ciekawe - miał w swoim obejściu małą elektrownię wiatrową, dzięki której ładował akumulatory. Był także pierwszą osobą we wsi, która używała elektryczności. Niezwykle aktywny działacz społeczny - pracował m.in. jako bibliotekarz w Związku Młodzieży Wiejskiej, udzielał się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, prenumerował wiele czasopism. Do dzisiaj w wielu domach w Markowej, także w tym miejscu, gdzie żył - na parceli, gdzie obecnie mieszka jego bratanica, zachowała się całkiem spora biblioteka należąca do Józefa. Jego żoną była najmłodsza córka Jana i Franciszki Niemczaków - Wiktoria. Było to bardzo religijne, doskonale rozumiejące się i darzące miłością małżeństwo, a owocem tej miłości było sześcioro dzieci. Wiosną 1944 roku miało się urodzić kolejne. Józef z Wiktorią regularnie uczestniczyli w nabożeństwach kościelnych. Z relacji świadków wynika też, że Józef z rodziną wspólnie klękali do modlitwy wieczornej.
Dlaczego zdecydowali się na ukrywanie Żydów? Przecież groziła za to śmierć...
- Byli to ludzie bardzo otwarci i wrażliwi na los drugiego człowieka. Z zachowanych przekazów wynika, że już przed wojną żyli w bardzo dobrych stosunkach z Żydami. Była to rodzina z jednej strony bardzo tradycyjna, żyjąca chrześcijańskimi wartościami, a z drugiej strony nowoczesna, otwarta na świat i na potrzeby innych bez żadnych uprzedzeń. Znajomość z Szallami i Goldmanami jeszcze sprzed wojny potwierdza brat Józefa, Władysław. Dlatego, kiedy ludzie ci poprosili o pomoc, Ulma im nie odmówił, mimo iż ryzykował życie nie tylko swoje, ale przede wszystkim swoich dzieci.
Kto i dlaczego zadenuncjował Ulmów i przyczynił się do zgładzenia tylu niewinnych Polaków?
- Z dokumentów podziemia Ludowej Straży Bezpieczeństwa - formacji związanej ze Stronnictwem Ludowym "Roch", która miała bardzo mocne struktury na terenie Obwodu Przeworskiego, wynika, że podziemie nie bez podstaw podejrzewało o tę denuncjację Włodzimierza Lesia, z pochodzenia Ukraińca, którego dziadkowie przybyli ze Wschodniej Galicji do Białej Rzeszowskiej i tu zamieszkali. On sam zaś ożenił się i zamieszkał na przedmieściach Łańcuta. W czasie okupacji był posterunkowym granatowej policji właśnie w Łańcucie i posiadał już uprzednio kontakty z jedną z ukrywanych przez Ulmów rodzin - Szallów, którym sam wcześniej pomagał. Kiedy jednak zorientował się, że grozi za to kara śmierci, wyrzucił ich na pastwę losu. Żydzi udali się do Markowej, do Ulmy, ale ciągle nachodzili Lesia, domagając się zwrotu dobytku, który dali mu na przechowanie. Hipoteza, ale oparta na bardzo mocnych podstawach głosi, że kiedy Szallowie w zamian za swój majątek dokonali "kradzieży" jego dóbr, Leś zdenerwował się i doniósł swoim kolegom z żandarmerii niemieckiej, którzy 24 marca 1944 roku dokonali zbrodni łącznie na 17 osobach. W tej karnej ekspedycji brał również udział Włodzimierz Leś.
Czy znany jest los inspiratorów tej zbrodni?
- Wkrótce po tym, jak Sowieci wkroczyli na te tereny, podziemie niepodległościowe wykonało wyrok śmierci na Włodzimierzu Lesiu, który był podejrzewany o dokonanie nie tylko tej zbrodni, ale miał także na sumieniu inne czyny, w tym wysługiwanie się niemieckiemu okupantowi. W 1958 roku w Czechosłowacji został odnaleziony zgermanizowany Czech Joseph Kokott, który był żandarmem niemieckiej policji w Łańcucie i osobiście rozstrzelał trójkę bądź czwórkę Ulmów. Kokott, który miał na sumieniu nie tylko rodziny Ulmów, Szallów i Goldmanów, ale także szereg Polaków i polskich Żydów z Łańcuta i okolic na mocy ekstradycji trafił do Polski i wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie z 1958 roku został skazany na karę śmierci zamienioną później na 25 lat więzienia. Kokott zmarł na krótko przed końcem odbywania kary. Z kolei dowódca ekspedycji karnej por. Eilert Dieken uniknął doczesnej kary i zmarł w latach 60. w Niemczech, kiedy akurat rozpoczęto zbieranie materiałów obciążających go z okresu II wojny światowej. Los innych sprawców mordu w Markowej: Michaela Dziewulskiego i Ericha Wilde, a także funkcjonariuszy policji granatowej z Łańcuta za wyjątkiem wspomnianego już Włodzimierza Lesia, jest nieznany.
Bohaterska postawa rodziny Ulmów nie była jednak odosobniona w Markowej. Rodzin, dzięki którym Żydzi mogli przetrwać koszmar wojny, było więcej...
- To prawda. Obok Ulmów w Markowej było jeszcze pięć innych rodzin, które ukrywały Żydów. Łącznie w ich domach oprócz ośmiu u rodziny Ulmów ukrywało się 17 Żydów. Bohaterstwem wykazały się dwie rodziny Barów, rodzina Przybylaków, Szylarów i Cwynarów, które mimo tragedii Ulmów i strachu, jaki padł na wieś, po tym, co się wydarzyło, nadal ukrywały Żydów. Dzięki temu ludzie ci przeżyli okupację niemiecką.
Czy znane są ich losy?
- Większość z nich wyemigrowała za granicę. Z dwoma rodzinami udało mi się nawet nawiązać kontakt. Rodzina Riesenbachów wkrótce po wojnie wyemigrowała najpierw do Austrii, a następnie do Kanady, gdzie jeszcze jeden z nich żyje. Żyją także ich dzieci. Drugi przedstawiciel Żydów ukrywanych w Markowej, z jakim nawiązałem kontakt, to Abraham Segal, który jako jedyny z rodziny ocalał z holokaustu i żyje w Hajfie, dokąd wyemigrował w 1946 roku. Utrzymuje on stały kontakt z mieszkańcami Markowej i często przyjeżdża tam na uroczystości. Do USA wyemigrowała także rodzina Weltzów, do Szczecina wyjechał Jakub Einhorn, a jego krewni mieszkają za oceanem. W Żydowskim Instytucie Historycznym zachowała się natomiast relacja wdowy po Jakubie Einhornie, która zaświadcza o tym, że rodzina Przybylaków w czasie wojny ukrywała jej męża. Ostatnią była rodzina Lorbenfeldów, którzy po wojnie wyjechali do USA, ale dalsze ich losy pozostają nieznane.
Nie tylko Markowa znalazła się na mapie miejscowości, w których ukrywano Żydów. Jaka była skala tego zjawiska na Rzeszowszczyźnie?
- Szczegółowe badania na ten temat prowadzi rzeszowski Oddział IPN, a konkretnie dr Elżbieta Rączy, której książka poświęcona tej tematyce ukaże się już niebawem. Wiemy, że z rąk Niemców zginęło za pomoc Żydom ok. 200 (w całej Małopolsce - Rzeszowskie i Krakowskie razem co najmniej 330) Polaków. Trudno natomiast powiedzieć, ilu Żydów zostało uratowanych, na pewno możemy mówić o tysiącach.
Ilu Żydów zostało uratowanych w okupowanej Polsce?
- Z szacunkowych danych, które stale IPN weryfikuje, wynika, że dzięki Polakom II wojnę światową przeżyło od 40 do 100 tysięcy Żydów. Myślę, że dzięki prowadzonemu przez IPN, Instytut Studiów Strategicznych, Naczelną Dyrekcję Archiwów Państwowych programom Index i Polacy Ratujący Żydów w ciągu kilku najbliższych lat dane te zostaną ostatecznie zweryfikowane. Wiemy natomiast, że za pomoc Żydom zginęło z rąk Niemców około dwóch tysięcy Polaków.
Żydów ukrywali nie tylko świeccy. Jaki był udział duchowieństwa w ratowaniu ludności żydowskiej?
- W skali Polski udział Kościoła katolickiego, także hierarchicznego, w ratowaniu Żydów był olbrzymi. Wiele w tym względzie uczyniły zakony, szczególnie żeńskie, m.in. na Rzeszowszczyźnie - chociażby Siostry Niepokalanki w Jarosławiu czy Służebniczki NMP w Starej Wsi, które ukrywały obywateli polskich narodowości żydowskiej. Jedna z form pomocy polegała także na fałszowaniu dokumentów metrykalnych, gdzie księża często zaświadczali, że dana osoba jest katolikiem. Wiele takich metryk wydała m.in. parafia uniwersytecka pw. św. Anny w Krakowie. To pomagało przeżyć Żydom okupację, niekoniecznie w ukryciu.
Czym faktycznie było ukrywanie Żydów w Polsce pod okupacją niemiecką?
- Trzeba pamiętać, że ukrywanie Żydów w Polsce pod okupacją niemiecką było wielkim ryzykiem. W przypadku ujawnienia takiego faktu Niemcy stosowali odpowiedzialność zbiorową. Stąd świadectwa siły charakteru, męstwa i odwagi ludzi świeckich, ale także duchownych jeszcze dziś porażają autentyzmem. Należy też pamiętać, że Polska oprócz Związku Sowieckiego była jedynym terenem okupowanym, gdzie nie tylko za ukrywanie, ale także za pomoc doraźną Żydowi groziła kara śmierci i wyroki takie w ogromnej większości były rygorystycznie wykonywane. Po raz pierwszy takie rozporządzenie w październiku 1941 roku wydał generalny gubernator Hans Frank.
A jak to wyglądało w innych krajach okupowanych?
- Tam również był zakaz pomocy Żydom, ale przypadki tego typu były mniej rygorystycznie karane. Tak było m.in. w okupowanej Francji, Belgii czy Holandii, gdzie za pomoc Żydowi można było otrzymać np. grzywnę, a jeżeli ta pomoc dotyczyła większej liczby Żydów lub była udzielana po raz kolejny, to w wyjątkowych przypadkach kończyło się to zsyłką do obozu koncentracyjnego. Nie było natomiast tak, by za pomoc Żydom groziła bezpośrednio kara śmierci.
Skąd takie rozbieżności w traktowaniu za pomoc Żydom?
- Zasadniczo okupacja w zachodniej Europie, a w Polsce czy w Związku Sowieckim znacznie się różniła, i to nie tylko w tym aspekcie. Nie umniejszając tego, że np. Francja była okupowana, to jednak w porównaniu z Polską, gdzie miały miejsce np. liczne pacyfikacje, była to zupełnie inna, bardziej łagodna rzeczywistość. Rozstrzeliwania czy wywożenie Francuzów do obozów należało do rzadkości, podczas gdy w Polsce czy ZSRS była to tragiczna codzienność.
Heroizm Polaków ratujących Żydów był rzeczą wyjątkową. Odwracając role, czy w podobnej sytuacji Polacy mogliby liczyć na pomoc ze strony Żydów?
- Trudno powiedzieć, jak zachowaliby się Żydzi w podobnej sytuacji. Myślę, że jest to kwestia indywidualnego podejścia każdego człowieka do konkretnej sytuacji, stąd trudno z góry deklarować jakiekolwiek postawy. Podejrzewam jednak, że mogłoby być podobnie, że również po stronie żydowskiej znaleźliby się ludzie sprawiedliwi, którzy nie zawahaliby się podjąć ryzyka i ratować zagrożone życie. Taką przynajmniej mam nadzieję. Pomoc drugiemu człowiekowi jest wpisana w naturę człowieka, który jest istotą społeczną, i to niezależnie od narodowości czy wyznawanej religii. Tym większe bohaterstwo tych Polaków, którzy nie zawahali się ryzykować własnego życia, niosąc pomoc Żydom.
Nie wszyscy jednak tak uważają. Tomasz Gross w swojej książce "Strach" pisze, że to, co się działo po wojnie w Polsce, było przedłużeniem holokaustu, że Kościół i Naród Polski był antysemicki. Patrząc na przykłady heroizmu Polaków, którzy ratowali Żydów, oskarżanie Polaków o antysemityzm wygląda na niedorzeczność i wyraźny akt złej woli. Jak to rozumieć?
- Być może wynika to z negatywnych doświadczeń autora i jego rodziny. Osobiście nie odważyłbym się powiedzieć o polskim Kościele, że był czy jest antysemicki. Nie znam też przypadku, by jakikolwiek kapłan nawoływał do tego, by nie pomagać Żydom, a tym bardziej żeby ich prześladować. Dlatego straszenie Kościołem uważam za zwykłą niedorzeczność. W odniesieniu do świeckich, owszem, zdarzały się sytuacje, w których Polacy nie udzielali pomocy Żydom, a nawet ich wydawali, ale były to przypadki skrajne, które w żaden sposób nie mogą rzutować ani podważać faktu, że dzięki heroizmowi Polaków wielu Żydów przetrwało okupację. Trzeba też bardzo wyraźnie i zdecydowanie powiedzieć, że szmalcownictwo w okresie wojny (choć nie były to przypadki częste) było bardzo surowo - nawet śmiercią - karane przez Polskie Państwo Podziemne. Również polskie władze na emigracji pomagały Żydom - nie tylko poprzez przekazywanie pieniędzy Radzie Pomocy Żydom, ale wydawały także oświadczenia mówiące o tym, co się dzieje z obywatelami polskimi pochodzenia żydowskiego w czasie okupacji niemieckiej, w co świat nie chciał wówczas wierzyć. To właśnie my, Polacy, nasz rząd wskazywaliśmy wyraźnie na ten problem. Dlatego oskarżanie nas o czynny antysemityzm jest nieporozumieniem i absolutną bzdurą. O naszej postawie najlepiej świadczą heroiczne czyny Sług Bożych Ulmów i wielu innych, często bezimiennych bohaterów, którzy ratowali Żydów przed zagładą.
Na koniec powróćmy może do Pana publikacji, która otwiera nową serię IPN. Co to za seria i czemu ma służyć?
- Nowa seria IPN w formie naukowej ma pokazywać zapomniane przez lata, czasem bardzo wstrząsające przypadki związane z ukrywaniem Żydów z poszczególnych regionów Polski, i to nie tylko w postaci pomocy indywidualnej, ale także pomocy zorganizowanej. Dotyczy to również wspomnianej już Rady Pomocy Żydom w ramach Polskiego Państwa Podziemnego czy rządu na uchodźstwie. Książka "Sprawiedliwi i ich świat" jest zwiastunem tej serii. Wkrótce będzie kolejna publikacja dr Elżbiety Rączy o Polakach pomagających Żydom na Rzeszowszczyźnie. Kolejna to wybór relacji z Komitetu dla Upamiętniania Polaków Ratujących Żydów założonego przez prof. Tomasza Strzembosza, który to komitet przygotowuje tę publikację wraz z IPN. Będą też inne pozycje pokazujące konkretne przykłady oraz dokumentację dotychczasowej wiedzy poświęcone tej problematyce. Również od czasu zakończenia prac nad moją książką ciągle pojawiają się nowe informacje na temat relacji polsko-żydowskich w Markowej, które są obecnie potwierdzane i będą w przyszłości omawiane.
Dziękuję za rozmowę
Subscribe to:
Posts (Atom)